W r. 1992 odbyła się w Rio de Janeiro gigantyczna Konferencja Narodów Zjednoczonych nt. Środowiska i Rozwoju. Wzięły w niej udział 183 delegacje rządowe i około 30 000 osób, w różnym stopniu powiązanych z interesami i ideologią „zielonych”. Już sama liczba uczestników tej największej w historii konferencji, wskazuje, że była to impreza o charakterze obrzędowym, rodzaj propagandowego święta, a nie spotkanie naukowe czy robocze. Jej skala świadczy o potędze i wpływach jej inicjatorów. Przypuszczam, że większość uczestników, ludzi dobrej woli, altruistycznie nastawionych do ochrony przyrody, nie zdawała sobie sprawy dokąd wiodą ich organizatorzy konwentyklu, z jego przewodniczącym Mauricem Strongiem na czele.

Konferencja w Rio była jedną z ciągu wielkich spotkań, inicjowanych od lat siedemdziesiątych przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Na konferencji tej przyjęto dwie dziwne zasady: (1) stwierdzono, że pewność naukowa nie może być jedynym kryterium postępowania; w przypadku ochrony środowiska, należy działać bez oglądania się na nią. (2) Odrzucono kartezjański racjonalizm naukowy i jego praktyczne zastosowania, a więc podstawy współczesnej cywilizacji i rozwoju ludzkości. Na ich miejsce ogłoszono triumfalnie początek ery ekologicznej. Produktem Konferencji w Rio była również sławna „Agenda 21” czyli Globalny Program Działań, zawierający kompletny przepis na utworzenie zcentralizowanej siły politycznej mającej, pod hasłem ochrony środowiska, stać się Rządem Globu [1]. Nie mam osobiście nic przeciw tworzeniu rządu światowego, ale jestem przeciwny wykorzystywaniu w tym celu irracjonalizmu, wrogiego nastawiania do nauki, wrogiego nastawiania do ludzkości, oraz straszenia nieistniejącymi zagrożeniami używanymi jako pretekst do globalnego zubożenia i zniewolenia, oraz zniszczenia dorobku niezliczonych pokoleń, których wspólny trud stworzył prawdziwy Złoty Wiek, czyli współczesną cywilizację.

Na Konferencji przyjęto tzw. Ramową Konwencję Narodów Zjednoczonych do Spraw Zmian Klimatu, która stała się podstawą przyjętego w r. 1997 tzw. Protokołu z Kioto . Protokół ten stanowi, że do lat 2008 – 2012 przemysłowa emisja tzw. gazów cieplarnianych (głównie CO2) ma zostać obniżona o 5,2% w stosunku do emisji z r. 1990.

Wszystkie te konferencje organizowano i układy podpisywano w imię tych samych idei i dla tych samych interesów politycznych i ekonomicznych, które legły u podstaw Klubu Rzymskiego i jego dzieł, z których najsławniejszym był raport z r. 1972 „Granice Wzrostu”[2]. Raport wydany w 12 milionach egzemplarzy malował przyszłość świata w barwach ponurych. Wszystkie zasoby Ziemi powinny się zaraz skończyć, środowisko ulec skalaniu i zniszczeniu, a grzeszna ludzkość, samym faktem swego istnienia, miała skazywać biosferę na zagładę. Z raportu wynikało, że biosfera jest niesłychanie kruchym tworem, który nasz gatunek (określany często przez „zielonych” jako „rak biosfery”) może łatwo zniszczyć. Nasuwał się z tego wniosek, że doprowadzenie przez ewolucję do powstania intelektu, stało się największą katastrofą jakiej doznała Matka Ziemia. Niczym wobec niej było całkowite zamarznięcie planety 700 milionów lat temu[3], podniesienie przed 550 – 600 milionami lat zawartości tlenu w atmosferze do obecnego poziomu[45], śmiertelnie toksycznego dla ówczesnych organizmów, czy też wielokrotne uderzenia wielkich asteroidów, których katastrofalne skutki ogarniały cały glob. Wszystko to biosfera jakoś przetrwała i dopiero my sprowadzamy Koniec Świata. Jedno z proroctw Klubu głosiło np., że już w około r. 1970 stężenie tlenu w Bałtyku spadnie do poziomu zerowego i przestanie podtrzymywać życie. Zasoby surowców naturalnych, bez których cywilizacja musiałaby upaść, miały się już wkrótce skończyć: złoto w r. 1982, rtęć, cyna i srebro w 1985, cynk w 1990, miedź i ołów w 1993, gaz naturalny i ropa 1994, a aluminium w 2003.

Jednak śledzie i dorsze ciągle pływają w Bałtyku, foki wracają na nasze wybrzeże, na miedzi Polska dalej robi dobry interes, ciągle jeszcze jakoś wytwarza się aluminiowe garnki i samoloty, nie brakuje nam gazu w domowych kurkach i nie stoimy w kolejkach po benzynę. Dobroczynny wpływ emisji przemysłowych dwutlenku węgla i związków azotu, a także efekt tzw. „miejskich wysp ciepła”, powoduje że przyrost masy drzew rosnących w miastach jest dwukrotnie wyższy niż na terenach wiejskich [6]. Jak wykazują badania satelitarne obrazu Ziemi prowadzone w latach 1982 do 1999, poprawa klimatu w XX wieku (wywołana nie przez człowieka lecz czynnikami naturalnymi – głównie wzrostem aktywności słońca) spowodowała przyrost produkcji roślinnej netto wynoszący w skali globu 6%. Wzrost produkcji roślinnej deszczowych lasów Amazonii sięgał 1% rocznie i do globalnego przyrostu masy drzew wniósł 42% [7]. Z tego m.in. powodu, a także w wyniku rozwoju techniki i nauki, w drugiej połowie XX wieku produkcja żywności na głowę ludności wzrosła o około 40% [8], a nie zmalała jak przekonywał raport Klubu Rzymskiego. W skutek mniejszej aktywności wulkanicznej w XX wieku skażenie atmosfery globu metalami ciężkimi i pyłami jest obecnie nieco niższe niż w epoce przed-przemysłowej [9]. Dobroczynny wpływ przemysłu na jakość naszego życia codziennego odbił się nie tylko dwukrotnym przedłużeniem długości życia w ciągu ubiegłych 100 lat, ale także odtruciem ludności Polski i innych krajów od ołowiu, którego zawartość w kościach naszych przodków od wczesnego średniowiecza do końca XIX wieku wynosiła ponad 100 mikrogramów ołowiu na gram kości, a obecnie tylko około 4 mikrogramów, czyli tak jak w czasach prehistorycznych [10].

Z czarnego scenariusza Klubu Rzymskiego nie spełniło się niemal nic. W 1994 r. NATURE określiła jego raport jako „niedorzeczny”, a prognozy uznała za zupełnie fałszywe [11]. Ta kompromitacja, skwitowana przez NATURE tytułem „Skorumpowana Nauka”, w najmniejszym stopniu nie zaszkodziła ani Klubowi Rzymskiemu, ani reprezentowanym, przez niego neo-malthuzjańskim ideom. Idee te mają służyć oddaniu władzy nad całym światem zcentralizowanej grupie międzynarodowych biurokratów, w imię rzekomego ratowania biosfery. Jedynie „granice wzrostu” (limits to growth) zastąpiono lepiej brzmiącym „zrównoważonym rozwojem”. Ziarno zasiane przez Klub Rzymski ciągle rodzi zatruty owoc: większość ludzi nadal sądzi, że zaraz wykończymy wszystkie zasoby, zniszczymy przyrodę i samych siebie.

Klub Rzymski powstał w 1968 r., a wkrótce potem, 2 grudnia 1970 prezydent Richard Nixon powołał pierwsze na świecie gigantyczne ministerstwo ochrony środowiska, U.S. Environmental Protection Agency. Pracuje w nim obecnie 17 648 osób. Zaraz potem, jak grzyby po deszczu, ministerstwa takie powstały we wszystkich państwach, a ich odpowiednikiem w ONZ jest potężna struktura biurokratyczna – United Nations Environmental Programme, która m.in. steruje światowymi akcjami zwalczania naturalnych zjawisk jakimi są tzw. „dziura ozonowa” oraz zmiany klimatu.

Najpotężniejszą bronią Klubu Rzymskiego, jego mocodawców i wyznawców stała się sprawa rzekomego ogrzewania klimatu przez człowieka, wzniesiona Protokółem z Kioto, na poziom międzynarodowej ekonomii i polityki światowej. Protokół ten bardziej niż klimatu, dotyczy dystrybucji dochodów państw świata w skali jaka dotąd jeszcze nie wydarzyła się w historii. Bledną przy tym wszystkie podobne ambicje dawnych państw imperialnych. Prezydent Jacques Chirac na spotkaniu w Hadze w r. 2000 określił ten Protokół jako „stanowiący pierwszą autentyczną część światowego rządu”, a Komisarz ds. Środowiska Unii Europejskiej pani Margot Wallström szczerze wyznała, że „…dotyczy on stosunków międzynarodowych, ekonomii i przygotowania pola działania dla wielkiego biznesu na całym świecie. Powinniście to zrozumieć i pojąć dlaczego (ocieplenie globalne) jest tak ważne”. Tylko naiwni myślą, że chodzi tu o temperaturę powietrza.

Masowa dezinformacja i „pranie mózgów”, sponsorowane przez potężne międzynarodowe organizacje, zaczyna się już od czytanek dla przedszkolaków, ugruntowując w ludziach irracjonalny strach i niechęć do samych siebie. Cóż wobec tego potopu mizantropijnej propagandy mogą znaczyć poważne opracowania najlepszych nawet uczonych twierdzące, że nie jest tak źle, a raczej jest bez porównania lepiej niż kiedykolwiek w historii. Żyjemy czterokrotnie dłużej, godniej i mądrzej niż owi neolityczni „szlachetni dzicy” Jana Jakuba Rousseau, któremu bezpodstawnie zdawało się że pierwotny człowiek żył w pełnej harmonii z przyrodą. Nic bardziej dalekiego od prawdy [12]. Współczesne pokolenie ludzi więcej troszczy się o całą biosferę niż czyniono to kiedykolwiek przedtem i więcej niż jakikolwiek inny gatunek. Ludzie są najbardziej altruistycznym gatunkiem żyjącym na Ziemi i wraz ze wzrostem swej możliwości działania przejmują stopniowo role świadomych obrońców biosfery przed naturalnymi kataklizmami, takimi jak nieuchronnie nadchodząca następna epoka lodowa, czy kolejne uderzenie asteroidu. Zasoby naturalne metali i innych pierwiastków są praktycznie niewyczerpalne, ponieważ my ich nie eliminujemy (z wyjątkiem uranu, toru i deuteru) lecz jedynie rozpraszamy, zaś możliwość ich pozyskiwania, nawet z najbardziej rozproszonych form, zależy tylko od ilości energii jaką możemy mieć w ręku. Źródła energii opartej na reakcji rozszczepienia jąder uranu i toru starczą ludzkości na kilkanaście tysięcy lat, natomiast zapas deuteru w oceanie potrzebnego do produkcji energii z reakcji syntezy na co najmniej pięć miliardów lat – czyli do końca istnienia Słońca i życia na Ziemi. Niczego więc nam nigdy nie zabraknie. Jednak głosy rozsądku które o tym mówią, takie jak “The Ultimate Resource” Juliana Simona (1981), “The Resourceful Earth” Juliana Simona I Hermana Kahna (1984), “Rational Readings on Environmental Concerns” Jay H. Lehra (1992), “Environmental Overkill” Dixy Lee Ray (1993), czy “Small is Stupid” Wilfreda Beckermana (1995), przechodzą bez echa, są wołaniem na puszczy, zagłuszanym propagandą większości mediów, które, tak jak i altruistycznie motywowana część społeczeństwa i decydentów, najwyraźniej nie zdają sobie sprawy dokąd to prowadzi.

Po konferencji w Rio przyszły następne, coraz większe, coraz mniej naukowe i coraz bardziej agresywne politycznie. Oficjalnym celem konferencji w Rio miało być zbawienie naszej planety, poprzez zahamowanie rozwoju cywilizacji, w drodze ograniczenia jej głównej siły napędowej, tj. źródeł energii. Sekretarzem Generalnym tej konferencji został kanadyjski milioner Maurice Strong. To głównie dzięki jego elokwencji, energii i inicjatywie na samej tej konferencji, a potem w kwaterze głównej ONZ w Nowym Yorku, 188 państw oraz organizacji międzynarodowych i pozarządowych podpisało tzw. Ramową Konwencję Narodów Zjednoczonych w Sprawie Zmiany Klimatu. Z konwencji tej, przy poparciu Stronga, wywiódł się w r. 1997 tzw. Protokół z Kioto, jej zbrojne ramię, który zobowiązuje ratyfikujące go państwa do drastycznego zmniejszenia spalania paliw kopalnych. Doprowadziłoby to ekonomicznej klęski w skali światowej, zapoczątkowałoby de-industrializację, zahamowanie rozwoju cywilizacji, a nawet jej cofnięcie w mroki średniowiecza, a może i na poziom owego „szlachetnego dzikusa” z paleolitu, urojonego przez Rousseau.

Wydaje się, że ten właśnie negatywny, wrogi ludziom cel był głównym politycznym motywem działania twórców Ramowej Konwencji i Protokołu z Kioto. Nie widać bowiem żadnego racjonalnego uzasadnienia proponowanych ograniczeń.

Zgodnie z przepowiedniami twórców „Kioto”, w ciągu następnych 100 lat klimat miałby rzekomo ogrzać się, z winy człowieka, o ponad 6oC [13]. Natomiast ograniczenia emisji gazów cieplarnianych wymuszane Protokółem z Kioto mogłyby doprowadzić do zmniejszenia średniej temperatury powietrza przyziemnego w r. 2050 zaledwie o 0,06oC [14], a w r. 2100 o 0,2oC[15]. Odpowiadałoby to odsunięciu rzekomego ogrzania z r. 2100 do 2006, czyli byłoby bez znaczenia dla klimatu Ziemi. Dlatego, już poza oficjalnym Protokółem z Kioto, dyskutuje się „konieczność” obniżenia emisji CO2w r. 2050 o 40 – 60% w stosunku do emisji z r. 1990. Nasza cywilizacja oparta jest głównie na spalaniu węgla, ropy i gazu. Zrealizowanie tych zamierzeń byłoby jej końcem.

Na taki właśnie negatywny cel, zatrzymania a nawet cofnięcia rozwoju cywilizacyjnego świata, wskazują wypowiedzi osób stojących za Ramową Konwencją i Protokółem z Kioto. Rzeczywisty twórca tych dokumentów, Maurice Strong, powiedział w Rio de Janeiro: „Co stałoby się gdyby mała grupa przywódców światowych doszła do wniosku, że główne zagrożenie dla Ziemi powodowane jest aktywnością bogatych krajów? A jeśli świat miałby przeżyć, te bogate kraje winny podpisać porozumienie redukujące ich wpływ na środowisko. Czy owe kraje to uczynią? Wniosek przywódców jest: „nie”. Bogate kraje tego nie zrobią. One nie życzą sobie zmian. Tak więc, dla zbawienia planety, grupa przywódców decyduje: Czyż nie jest jedyną nadzieją dla planety doprowadzenie do upadku cywilizacji przemysłowej? Czyż nie jest naszym obowiązkiem doprowadzić do tego? Grupa przywódców światowych tworzy więc tajne stowarzyszenie w celu doprowadzenia do ekonomicznego upadku”. Strong stwierdził również: „Możemy dojść do punktu w którym jedyną drogą ocalenia świata będzie doprowadzenie do zagłady cywilizacji” [16]. Stronga poparł jego oficjalny “Specjalny Doradca” Richard E. Benedick, z amerykańskiego The National Institute for the Environment: “Globalny układ w sprawie klimatu musi zostać wprowadzony, nawet jeśli nie ma żadnych dowodów na poparcie efektu cieplarnianego”[17]. Niemal to samo oficjalnie stwierdził Timothy Wirth, US Undersecretary of State for Global Issues: “Winniśmy propagować sprawę ogrzewania klimatu. Nawet jeśli teoria ogrzewania klimatu jest nie prawdziwa, będzie to właściwe działanie”[18].

Konsekwencją Protokółu z Kioto ma być tzw. „podatek węglowy” (carbon tax), który wedle niektórych ocen może stopniowo sięgnąć 250 dolarów za 1 tonę węgla pierwiastkowego (C), emitowanego do atmosfery w postaci CO2[19]. Podatek 100 dolarów za tonę C kosztowałby amerykańska gospodarkę 203 miliardy dolarów rocznie, a podatek 200-dolarowy były równy 4,2% produktu narodowego brutto, czyli 350 miliardów dolarów. Każda elektrownia węglowa o mocy 100 MW musiałaby płacić ponad 40 milionów dolarów rocznie podatku węglowego. W r. 1990 światowa przemysłowa emisja CO2 wynosiła około 6000 milionów ton C. Przy dwustu-dolarowym podatku odpowiadałoby to sumie 1200 miliardów dolarów rocznie. Ten strumień pieniędzy zasiliłby kasy ministrów finansów poszczególnych krajów, a więc biją oni brawo, ale zasiliłby również biurokrację ONZ, inicjatorkę i nadzorczynię wypełniania zobowiązań z Kioto. Biurokracja ta od lat planuje także wprowadzenie 0,5% podatku od całej międzynarodowej wymiany handlowej, który przynosił by jej 1500 miliardów dolarów rocznie, czyli mniej więcej tyle ile wynosi federalny budżet USA [20]. To byłaby mocna podstawa finansowa do stworzenia Rządu Światowego.

Podatek węglowy wymusił by w Stanach Zjednoczonych likwidację 1,1 miliona miejsc pracy rocznie [19], szczególnie w górnictwie węglowym. Niektóre oceny wskazują, że ceny elektryczności i ogrzewania wzrosłyby o około 50%, wprowadzono by ograniczenia energetyczne, wzrosłaby cena wszystkich urządzeń i maszyn, domów i materiałów budowlanych, jedzenia, transportu, leczenia, szkół, usług, kosztów policji, straży pożarnej i właściwie wszystkiego. W Polsce spadek krajowego produktu brutto (PKB) sięgałby w r. 2050 3% poniżej poziomu z r. 1994, a w Rosji poniżej 3,5% [21]. Realizacja postanowień Protokołu doprowadziłaby w ciągu najbliższych stu lat do redukcji światowego produktu brutto o 1,8 biliona dolarów. Pomiędzy 2008 a 2010 w Wielkiej Brytanii powodowałby on likwidację miejsc pracy sięgającą 1 miliona rocznie, a spadek PKB wyniósłby tam 4,5%, a w Niemczech 5,2%, w Hiszpanii 5%, i w Holandii 3,8% [22]. Prowadziłoby to do gwałtownego wzrostu bezrobocia, zubożenia społeczeństwa w skali całego świata i spełnienia marzeń wielu „zielonych”, tj. końca cywilizacji technicznej. Ameryka odżegnała się od Kioto, ale zadaję sobie pytanie: dlaczego europejscy politycy chcą tak koniecznie zaszkodzić swoim państwom i narodom? Jeżeli Unia Europejska, a Polska wraz z nią, będzie realizować zobowiązania z Kioto, to między bajki włóżmy marzenia o wzroście gospodarczym i wzroście zatrudnienia w następnych dziesięcioleciach, na tym kontynencie, który niegdyś był siłą wiodącą ludzkości, a teraz sam skazuje się na skostnienie i upadek.

Zaczynam mieć nadzieję, że tak się jednak nie stanie. Wydaje się, że fala zielonego szaleństwa zaczęła się cofać. W prasie naukowej i w mediach ukazują się coraz częściej publikacje krytykujące „ekologizm”, rzekome ogrzewanie klimatu przez człowieka, radiofobię i chemiofobię, które jeszcze niedawno byłyby przez wydawców odrzucane jako politycznie niepoprawne. Od Konferencji w Rio w r. 1992 i Protokółu z Kioto w r. 1997 naukowcy zajmujący się badaniem atmosfery i klimatu wielokrotnie wyrażali się przeciw podjętym tam ustaleniom, jako szkodliwym, opartym na irracjonalnej ideologii i fałszywych podstawach naukowych. W r. 1992 ponad 4000 uczonych z 106 krajów (wśród nich 72 laureatów Nagrody Nobla) podpisało tzw. Apel Heidelberski krytykujący irracjonalną ideologię, pseudonaukową argumentację oraz wrogie cywilizacji nastawienie dokumentów z Rio. W r. 1997 130 naukowców z wielu krajów (z Polski chyba tylko ja) podpisało Deklarację z Lipska protestującą przeciw ustaleniom w Rio i Protokółowi z Kioto, jako wiodącym do katastrofy ekonomicznej i kompletnie nieskutecznym dla ochrony środowiska. W r. 1998 ponad 17 000 uczonych podpisało tzw. Petycję Oregońską skierowaną do rządu Stanów Zjednoczonych, przygotowaną przez Fryderyka Seitza, byłego prezesa Amerykańskiej Akademii Nauk. Te działania wpłynęły prawdopodobnie na stanowisko Senatu Stanów Zjednoczonych, który w r. 1997 odrzucił Protokół z Kioto, stosunkiem głosów 95 do zero. Również w marcu 2001 prezydent George W. Bush odrzucił ten Protokół jako „kompletnie błędny”, nie uzasadniony naukowo, przynoszący ujemne skutki gospodarcze i nie wpływający na klimat.

Pomimo nie podpisania Protokółu z Kioto przez USA, Rosję, Ukrainę i Australię, a także 10 innych krajów, do niedawna wydawało się, że będzie mógł być wprowadzony w życie, jeżeli podpisze go Rosja. W tej nadziei, na przełomie września i października 2003 zorganizowano w Moskwie kolejną Światową Konferencję w Sprawie Zmiany Klimatu. Wzbudzała ona znaczne zainteresowanie mediów i „zielonych” zanim do niej doszło. Zainteresowanie spadło niemal do zera gdy ogłoszono jej wyniki. W Moskwie nie osiągnięto bowiem zgody co do sposobów zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, ani co do jego potrzeby, a także podważono same naukowe podstawy hipotezy ogrzewania klimatu przez człowieka. Nie udało się nawet ustalić co naprawdę dzieje się na Ziemi: czy mamy ocieplenie czy ochłodzenie, Ale najważniejszym wydarzeniem na tej konferencji było wystąpienie prezydenta Władimira Putina, który nie poparł Protokółu z Kioto i oświadczył, że „nawet stuprocentowe przestrzeganie Protokółu z Kioto nie spowoduje odwrócenia zmian klimatycznych”, a jego główny doradca ekonomiczny Andriej Illarionow stwierdził, że „Protokół z Kioto zahamuje wzrost ekonomiczny. Skaże Rosję na biedę, słabość i zacofanie”. W swoim wystąpieniu Illarionow racjonalnie uzasadnił to stanowisko i przedstawił 10 pytań podważających naukowe podstawy hipotezy ogrzewania klimatu przez człowieka. Jak stwierdził prof. Kirył Kondratiew, członek Rosyjskiej Akademii Nauk i jeden z organizatorów Globalnej Konferencji, a także sam Illarionow i jej liczni zagraniczni uczestnicy, zwolennicy hipotezy nie udzielili na te pytania zadawalającej odpowiedzi [23] [2425]. W grudniu 2003 Illarionow oficjalnie oświadczył, że Rosja Protokółu z Kioto nie podpisze, co w praktyce sprowadza się do jego upadku [26].

Nie oznacza to jednak by biurokracja Narodów Zjednoczonych przestała kontynuować swe irracjonalne „klimatyczne” dzieło i by powstrzymano ogromny strumień pieniędzy (ok. 5 miliardów dolarów rocznie) przeznaczony na jego wspieranie. Zbyt wiele interesów, ideologii i polityki splotło się bowiem ze sprawą klimatu. W początkach lat sześćdziesiątych zdano sobie sprawę z tego, że absurdalny amok wyścigu zbrojeń atomowych, doprowadzając do stworzenia monstrualnych arsenałów broni jądrowej, wykluczył nie tylko możliwość celowego rozpoczęcia wojny jądrowej (może ona jednak ciągle jeszcze wybuchnąć przypadkowo), ale postawił nas przed realną perspektywą likwidacji wszystkich wojen. Stało się coś niezwykłego w całej dotychczasowej historii: zaczął rozpadać się światowy system społeczny oparty na wojnie. To on przez wieki i tysiąclecia stał u źródeł państwa i był najważniejszym czynnikiem stabilizacji i więzi społecznej, równowagi populacyjnej, motorem postępu i innowacyjności, upustem dla nadmiaru produkcji (10% PKB świata poświęcane jest stale na wydatki związane z wojną) i możliwością legalnego realizowania instynktu agresji. Nagle okazało się, że świat wchodzi w system pokoju, rozpłynęli się w nicość „odwieczni wrogowie”, zwietrzał kapitalizm, komunizm i inne izmy, jeszcze tlą się nacjonalistyczne ambicje i nienawiści, a fundamentaliści robią co mogą, ale wszyscy wiedzą, że są to już tempi passati i że stajemy się globalną wioską, gdzie zamiast bić się, chodzimy do wójta.

Gdy zaczęto rozważać tego skutki, okazało się, że przynajmniej początkowo, możemy wpaść w pułapkę społecznej destabilizacji, a także napotkać całą litanię negatywnych zjawisk, których nie chcę tu wyliczać. Remedium na to stała się konieczność ukazania nowego wroga i nowych idei, które by nas ponownie jednoczyły, dyscyplinowały, pobudzały i stały się gwiazdą przewodnią ludzkości. Spośród wielu możliwości, takich jak np. program podboju Kosmosu i walka z zagrożeniem uderzeniami asteroidów, wydaje się, że za najpraktyczniejszy substytut wojny uznano ochronę środowiska Ziemi. Niestety trochę przeholowano: udało się bowiem nadać temu quasi-religijny charakter, a więc racjonalność i pewność naukowa przestały się liczyć, rozkwitły na nowo idee neo-malthuzjańskie, a ludzkość uznano za wroga lub wręcz nowotwór złośliwy biosfery. To jest droga fałszywa, tak jak fałszywe są niektóre, a może większość zagrożeń środowiskowych z którymi mamy walczyć. Nie jesteśmy rakiem biosfery lecz stopniowo stajemy się jej jedynym świadomym i altruistycznym obrońcą, prawdopodobnie skutecznym. Substytutem wojny winna stać się nie walka z błogosławieństwem lekkiego ocieplenia klimatu jakie teraz przeżywamy (nie nasze to pożyteczne dzieło, lecz natury) ale z nieuchronnie nadciągającą, jak uczy geologia, globalną klęską nowej epoki lodowej.

Artykuł „Klub Rzymski i Agenda 21

Źródło: Ligi Świata (Gorąco zapraszam)

——————————————————————————————————————-

  1. Kozłowski, S., Rio Szczyt Ziemi. Początek Ery Ekologicznej. 1993, Łódź: AKAPIT PRESS. 159.

  2. Meadows, D.H., et al., Limits to Growth, A Report of the CLUB OF ROME’S Project on the Predicament of Mankind. 1972, New York: Universe Books. 205.

  3. Kirschvink, J.L., et al., Paleoproterozoic snowball Earth: Extreme climatic and geochemical global change and its biological consequences. Proc. Nat. Acad. Sci., 2000. 97(4): p. 1400-1405.

  4. Kasting, J.F., Earth’s early atmosphere. Science, 1993. 259: p. 920-926.

  5. Berner, R.A., The rise of plants and their effect on weathering and atmospheric CO2. Science, 1997. 276: p. 544-546.

  6. Gregg, J.W. and e. al., Urbanization effect on tree growth in the vicinity of New York. Nature, 2003. 424: p. 183.

  7. Nemani, R., et al., Climate-driven increases in global terrestrial net primary production from 1982 to 1999. Science, 2003. 300(June 6): p. 15-60-1563.

  8. Simon, J.L., The Ultimate Resource. 1981, Princeton, New Jersy: Princeton University Press. 403.

  9. Jaworowski, Z., M. Bysiek, and L. Kownacka, Flow of metals into the global atmosphere. Geochimica et Cosmochimica Acta, 1981. 45: p. 2185-2199.

  10. Jaworowski, Z., Stable lead in fossil ice and bones. Nature, 1968. 217: p. 152-153.

  11. Beckerman, W., Corrupted science. Nature, 1994. 369: p. 109.

  12. Shermer, M., Dzikus zdeprecjonowany. Świat Nauki, 2003(9(145)): p. 23.

  13. IPCC, ed. Climate Change – The IPCC Scientific Assessment. ed. J.T. Houghton, G.J. Jenkins, and J.J. Ephraums. 1990, Cambridge University Press: Cambridge. 364.

  14. Parry, M., et al., Adapting to the inevitable. Nature, 1998. 395: p. 741.

  15. Lomborg, B., Global warming – are we doing the right thing? http://image.guardian.co.uk/sys-files/Guardian/documents/2001/08/14/warming.pdf, 2001.

  16. Dunn, J. and J. Kinney, Conservative Environmentalism: reassessing the Means, Redefining the Ends. 1997, Westport, TC, USA: Greenwood Press. 274.

  17. Anonymous, Environmental Scientist: Richard Elliot Benedick. 1996, Environmental Policy Task Forcehttp://www.nationalcenter.org/dos7118.htm.

  18. Krug, E.C., Climate history invalidates global warming models: Part II. Environment Betrayed, 1994. 1(2): p. 1-8.

  19. Horwitz, L.M., The impact of carbon dioxide emission reductions on living standards and lifestyles, in An Economic Perspective on Climate Change Policies. 1996, American Council for Capital Formation, Center for Policy Research.

  20. Nickson, E., Russia strikes a blow for freedom on Kyoto. National Post, October 11, 2003.

  21. Nordhaus, W.D. and J.G. Boyer, Requiem for Kyoto. An economic analysis of the Kyoto Protocol. 1999, Cowles Foundation Discussion Paper No. 1201, Yale University (web site) Report No. KYOTO ECON 020299.DOC. p. 1-46. 22.

  22. Kopel, D. and C. Stagnaro, Koyoto 101: A crash course for Western Europe. National Review Online, 3003(25 November, 2003http://www.natinalreview.com/kopel/kopel-stragnaro200311250916.asp).

  23. Kondratiew, K., Ciepło, ciepło, zimno, Polityka. 2003. p. 85-87.

  24. Illarionov, A.N., Press Conference with Presidential Economic Adviser Andrei Illarionov. 2003,http://www.lavoisier.com.au/papers/articles.Illarionov.html.

  25. Bolin, B. and e. al., Answers to the questions raised by A.N. Illarionov during his talk „Antropogenic Factors in Global Warming: Some Questions” at the World Climate Change Conference 2003 prepared from material of the IPCC Third Assessment report (TAR) by attending scientists and presented to the conference by Bert Bolin, chair emeritus of IPCC.http://www.unfccc.int/sessions/othermt/moscow03/illarionov_en.pdf, 2003.

  26. Illarionov, A.N., Rosja uśmierci porozumienie z Kioto? Gazeta Wyborcza, 2003(3.12.2003).

Reklamy