shaver

Richard Shaver (1907–1975) Dorobek jego pisarstwa znajdziesz TU

W 1946 amerykański pisarz Richard. S. Shaver na łamach czasopisma „Amazing Stories” umieścił swoją niezwykle sugestywną i pełną szczegółów wzmiankę o tajemniczym mieście zlokalizowanym pod ziemią, tuż pod budynkami Nowego Jorku.

W jak bardzo wierny sposób historia ta została przekazana niech świadczy poniższy jej fragment:

„Wśród zwartych, pierwotnych skał bazaltowych, stanowiących podstawę obecnych Stanów Zjednoczonych, głęboko wewnątrz solidnych mas czarnej skały, gdzie nie przenika nawet woda, leży miasto. Miasto to nie jest aż tak dobrze znane, jak leżący ponad nim nowoczesny Nowy Jork, ma jednak sprzymierzeńców, wrogów i slumsy, ma swych lordów i bogaczy. Jest częścią prastarego, zapomnianego, podziemnego świata, nie całkiem obcego ludziom mieszkającym na powierzchni; jest nie rozpoznaną straszliwą prawdą, złowrogim elementem życia, jest częścią naszej cywilizacji, znajdującą się pod naszymi stopami, nazwanej przez tych ‘którzy wiedzą’ – Zamaskowanym Światem. Podziemny świat jest skomplikowaną plątaniną wielopoziomowych, wydrążonych przez tytaniczne moce jaskiń, które sięgają każdego miejsca pod powierzchnią naszego współczesnego świata. Jednak pod Nowym Jorkiem prastare trakty zbiegają się w skupisko siedzib większe niż gdziekolwiek indziej na wschodzie USA. Ten podziemny świat istnieje tylko w niewielkiej części; jego większość jest do tej pory nie zbadana. Wszystko to zaś jest dziełem rąk starożytnej rasy, która opuściła Ziemię tysiące lat temu”.


Jak się łatwo domyśleć, efekty ukazania się w ówczesnych czasach tego typu informacji na łamach powszechnej prasy nie pozwoliły na siebie długo czekać. Cała masa nowojorczyków rozpoczęła na własna rękę poszukiwania tajemniczego podziemnego świata ukrytego pod ich miastem. Podobno w pewnych okresach euforia ta przybierała rozmiary przewyższające okresami nawet słynną gorączkę złota na Alasce, a do jej opanowania potrzebne były aż oddziały władz stanowych. Wszystko uspokoiło się dopiero wówczas, kiedy z oficjalną informacją wystąpili eksperci Białego Domu – stwierdzili oni, że badania geologiczne nie potwierdzają w żadnym wypadku tego, o czym wspomina Shaver. Niedoszli odkrywcy podziemnych światów zrezygnowali więc z poszukiwań i wraz ze swoimi łopatami, kilofami a przede wszystkim rozczarowaną miną, powrócili do swych domów, po czym o całej sprawie zapomnieli. Jednak nie wszyscy oni dali za wygrana, część badaczy postanowiła dokładniej przyjrzeć się historii Shavera, w wyniku czego okazało się, że została ona przez niego sklecona z wielu przekazów i legend miejscowych Indian. Sam Shaver nie wierzył jednak w tę opowieść zważając na to, że nie widział żadnych dowodów potwierdzających istnienie zarówno owego podziemnego miasta jak i tuneli. Jednakże naukowcy z Instytutu Badań Podziemnych mieli już pierwszy krok za sobą – wiedzieli skąd owe informacje pochodzą, pozostało im więc tylko skontaktować się z osobami o których wspominał Shaver. Po pewnym czasie udało im się spotkać z jednym z członków indiańskiego plemienia Siuksów. Mężczyzna ten, po długich targach i namowach, zdecydował się w końcu powtórzyć wszystkie informacje które przekazał najpierw Shaver’owi. Przedstawił badaczom przygodę która przytrafiła się dziadkowi Indianina – członkowi plemienia Siuksów, noszącemu przydomek Biały Koń.

Pewnego dnia, Biały Koń podczas polowania na bizony na obszarach dzisiejszej Kalifornii znalazł wśród gór dziwne pęknięcie w skale. Po wejściu do szczeliny odkrył długi, wykonany we wzgórzu tunel, a kiedy przeszedł nim pewna odległość w oczy rzucilo mu się słabe, zielonkawe światełko, świecące w głębi korytarza. Po dojściu doń okazało się, że tunel przechodzi raptem w obszerną salę, na środku której siedziało dwoje ludzi – jasnoskóry mężczyzna wraz z kobieta o blond-złotych włosach. Oboje wyglądali na bardzo zasmuconych, a kiedy Biały Koń zapytał ich o powód tego przygnębienia, odparli, iż niedawno zginął ich jedyny syn.

Wytłumaczyli przy tym Białemu Koniowi iż są mieszkańcami podziemnego świata, i pomimo że wiedzą o istnieniu innego świata znajdującego się na górze, nigdy nie mieli okazji ujrzeć kogoś, kto stamtąd pochodzi. Biały Koń był dla nich pierwszą taką osobą. Całe spotkanie trwało bardzo długo, a Biały Koń opowiadał w tym czasie obojgu obcym o tym, jak żyje się na powierzchni, Podziemni zaś w zamian opisywali realia swojego życia w tunelach. Według mieszkańców podziemia, Indianie bardzo dawno temu przywędrowali pod ziemią z nie istniejącego już dziś kontynentu i po pewnym czasie wyszli z tuneli na powierzchnię. Dodali też, że cała ludzkość, jaka żyje na ziemi jest tak naprawdę potomkami mieszkańców owego tajemniczego i zaginionego kontynentu. Kiedy Biały Koń zdecydował się już wracać, para mieszkańców podziemia obdarowała go żelaznym talizmanem, który emitując nieznane światło potrafił „topić skały, ścinać drzewa i zamieniać piasek w kamień”. Talizman ten, po śmierci Białego Konia został pochowany wraz z nim. Spoczywał przy zasuszonych zwłokach mężczyzny, jednakże pewnego dnia zniknął i nikt nie potrafi wyjaśnić, co było tego powodem.

Na pierwszy rzut oka cała ta historia wydaje się być tylko kolejną z wielu bajek, jakimi mogą obdarzyć współcześnie żyjącego człowieka pierwotne ludy dowolnego kontynentu na Ziemi. Jednak dr Harold Wilkins, zanim zdecydował się odsunąć tę opowieść na bok, postanowił porównać je z opowieściami innych plemion. I tu niespodzianka – dokładnie o tym samym, o tunelach, podziemnym świecie i zaginionej wyspie, wspominali członkowie wielu innych szczepów Indiańskich, m.in. Apaczów i Szoszonów. Pierwsi wierzą np. że ich odlegli w czasie przodkowie trafili na kontynent amerykański tunelami, przybywając z wielkiej, „ognistej wyspy” zlokalizowanej na Wschodnim Oceanie, na której to znajdował się m.in. wielki port z murowanym wejściem.

To samo mówią Szoszoni – wg ich wierzeń, przodkowie zamieszkujący Florydę przybyli na nią tunelami z wielkiego lądu, znajdującego się po środku Atlantyku. Do tego ich skóra była całkiem biała a po wyjściu z tychże tuneli natknęli się oni na cały szereg innych budowli, należących do wcześniejszych cywilizacji. W tym momencie widać już wyraźnie, ze przekazy te idealnie pokrywają się ze wspomnieniami o Atlantydzie – legendarnej (a wg naukowców mitycznej) wyspie znajdującej się na środku Atlantyku, której istnienie jak i nagłą zagładę opisał Platon w jednym ze swoich dzieł. Tylko jakim cudem Indianie amerykańscy przeczytali dzieła Platona??? Badacze nie potrafili tego jednoznacznie wytłumaczyć, postanowili wiec znaleźć chociażby najmniejsze ślady potwierdzające słowa Indian – pragnęli odkryć chociaż pozostałości po tunelach. Nikt z nich nie spodziewał się wówczas jeszcze, że owe tunele zostały najprawdopodobniej po części odkryte już 11 lat wcześniej. Odkrywcą ich był Frank White, geolog i archeolog, który w 1935 roku w Kanionie Kolorado natknął się na resztki jakichś podziemnych konstrukcji. Oto co czytamy w jego notatkach:

„Wzdłuż kanionu rzeki Colorado występują miejsca, w których przy pewnym oświetleniu można dostrzec wyryte głęboko w skałach strzałki. Poszukiwacze przemierzający pustynie Gila i bezludne, nękane pragnieniem i upałem tereny Arizony uważają, ze są to drogowskazy do ukrytych siedzib niezwykle starych ras ludzkich; są to może pomniki jakiegoś nieznanego ludu, którego pogrzebane w ziemi świątynie mogą być wspanialsze niż egipskie piramidy. A to wszystko o dzień marszu od San Diego.”

Cóż, przyznać trzeba że to jednak nie wiele – w końcu nie ma tutaj bezpośredniej wzmianki o tym, iż White osobiście widział i penetrował owe podziemia – jednak najlepsze dopiero czekało na naukowców z Instytutu Badań Podziemnych. Zainteresowani zbieżnością wielu przekazów tak rożnych plemion, a przy tym zachęceni efektem poszukiwań White’a, postanowili zebrać fundusze i uwzględniając wszystkie posiadane informacje zbadać rozlegle tereny Kalifornii pod kątem istnienia w nich podziemnych tuneli i budowli.

Początkowo efekty były mizerne, lecz to na co natknęli się badacze po trzech latach poszukiwań przerosło ich najśmielsze oczekiwania – pod górą Mt. Shasta okryli oni na przeszło 260 km idealnie wykonanych w skale korytarzy. Najbardziej zaskoczyła ich idealna gładkość ścian, pokrytych czymś w rodzaju stopionego szkliwa. Wszystko wskazywało jednoznacznie na to, że tunele te zostały wykonane metodą topienia skał a nie ich wykuwania! To też tłumaczyło, gdzie podziały się całe setki ton gruzu i ziemi, jakie z pewnością musiały by być gdzieś usuwane na zewnątrz z wykuwanych korytarzy. Najprawdopodobniej owe 260 km na jakie natknęli się badacze były tylko skromną częścią o wiele rozleglejszej sieci, która jednak została z czasem zniszczona przez tamtejsze trzęsienia Ziemi i obruszenia się skał.

Radość z odkrycia nie trwała jednak długo. Pomimo bowiem tak spektakularnych efektów poszukiwań cały zespół Instytutu został odsunięty od badań a teren wokół góry Mt.Shasta szczelnie zamknięty. Pretekstem było rzekome budowanie w tunelach podziemnej bazy dla armii Stanów Zjednoczonych. Przez pewien czas dostęp do Mt.Shasta był całkowicie zabroniony osobom nieupoważnionym, stan ten zmienił się dopiero po kilku latach, kiedy społeczeństwo o całej sprawie już zapomniało. Co ciekawe, ci którzy nadal próbowali czegoś się dowiedzieć na temat „szklanych tuneli” byli dalej w swych działaniach ograniczani i odsyłani z kwitkiem. Powód – trwający po dziś dzień w tamtych okolicach, rządowy projekt o dość dziwnej nazwie „Polodowcowych przestrzeni pod skorupą ziemską”. Nie wiadomo więc, co znajdowało się dokładniej pod górą Mt.Shasta ani też jakie prace przeprowadza się tam obecnie – wyniki tych ustaleń i badań ciągle są okryte klauzulą tajemnicy. Jedyne czego można być pewnym to fakt, że tunele naprawdę istnieją. Co zatem z tajemniczym, podziemnym światem o którym wspominała przygoda Białego Konia? Może on także istnieje – i to jest przyczyną trzymania w tajemnicy wyników badań pod Mt.Shasta – a może jego realność to tylko kwestia legendy? Jak jednak mówią dalej w swoich przekazach Szoszoni i co rzekomo zostało im przekazane przez tzw. Wodza Światła, który miał do nich przybyć „z podziemi gór znajdujących się w Tybecie”:

„Przyjdzie dzień, w którym narodzą się mgły i sztormy. Nagie góry pokryją się lasem, a Ziemia się zatrzęsie. Największe i najpiękniejsze miasta strawi ogień. Ojciec powstanie przeciw synowi, a matka przeciw córce. I przyjdzie zniszczenie na ciało i duszę. Wtedy ja wyślę ludzi jeszcze nie znanych, którzy wyrwą chwast szaleństwa. Ziemia zostanie oczyszczona śmiercią narodów, a wtedy lud podziemi wyjdzie z jaskiń ku Słońcu…”.

Pomijając już w tym przekazie samą treść, wskazująca – tak jak u wielu innych religii – na nadejście nieuchronnego Końca Świata, zastanawia w tej całej historii kilka innych rzeczy. Po pierwsze, że wiara w istnienie podziemnych tuneli łączących rożne rejony świata nie jest domeną tylko i wyłącznie ludów pierwotnych Ameryki Północnej. Takie same informacje możemy również znaleźć wśród wielu ludów Am. Południowej, a ostatnio zaś dość głośna stała się sprawa powiązania Wyspy Wielkanocnej z Indiami – wg wierzeń dawnych mieszkańców wyspy, miała być ona połączona z kontynentem azjatyckim podziemnym korytarzem, umożliwiającym mieszkańcom obu miejsc wzajemne przechodzenie do swoich krajów. Brzmi to absurdalnie, jak jednak wytłumaczyć niedawno odkryte na Wyspie Wielkanocnej cale szeregi powiązań z hinduizmem, począwszy od pewnych podobieństw językowych, aż po niektóre tematy zdobnicze stosowane przy rzeźbach i budowlach? Kolejną sprawą jest również wzmianka Szoszonów o Wodzu Światła, który miał do nich przybyć „Z podziemi gór znajdujących się w Tybecie”.

Każdy, kto interesuje się dokładniej tematem zaginionej cywilizacji, która egzystowała na Ziemi jeszcze przed czasem potopu, z pewnością słyszał o tybetańskim ‘podziemnym mieście’ – Agartha. Wg starożytnych przekazów miało to być jedno z wielu miejsc (po m.in. Wielkiej Piramidzie) w których została złożona i uchroniona przed zniszczeniem wiedza i spuścizna wspomnianej przedpotopowej cywilizacji. Być może wiec Agartha jest właśnie częścią, lub też nawet tym samym podziemnym miastem, skąd Wódz Światła przybył na kontynent amerykański.

Dziwne przekazy na temat podziemnych konstrukcji czy wręcz całych światów lub społeczności egzystujących pod powierzchnią naszej planety nie są jednak, jak się okazuje również specjalnością kultur starożytnych. Wręcz przeciwnie – tego typu relacje spotkać możemy również w czasach nam jak najbardziej współczesnych! Oto bowiem historia, która wydarzyła się w 1986 roku w angielskim miasteczku Showbury. Pięcioletni wówczas Brian Stone bawił się na podwórku pod okiem swej matki, jednak wystarczyło zaledwie kilka minut aby kobieta stwierdziła, że chłopczyk gdzieś zniknął. Czas ten nie pozwalał jednak na to, aby malec oddalił się na dużą odległość, tym większe wiec było zaskoczenie wszystkich biorących udział w poszukiwaniach, kiedy okazało się, że Brian naprawdę przepadł jak kamień w wodę. Poszukiwania trwały trzy dni i brały w nich udział nie tylko oddziały miejscowej policji ale również znaczna większość mieszkańców miasteczka. Po tychże trzech dniach Brian jednak się raptem odnalazł – znaleziono go przed własnym domem, całego i zdrowego, chociaż bardzo zmęczonego. Największą jednak sensację wywołało to o czym opowiedział. Cała jego przygoda zaczęła się od tego, iż Brian postanowił udać się do pobliskiego zagajnika, rosnącego tuż koło domu jego matki. Idąc wśród drzew natknął się nagle na „dziurę w ziemi”, do której po krótkiej chwili zdecydował się wcisnąć. Wewnątrz trafił na wąski ale długi korytarz, który zaprowadził go do ciasnego wyjścia zlokalizowanego w „bardzo zielonym miejscu”. Wg słów Briana w miejscu tym nie świeciło żadne Słońce, niebo było ciemnozielone, natomiast ziemia nieco jaśniejsza, przypominająca kolor khaki (Brian wskazał ten kolor po podsunięciu mu różnych próbek). Panował tam również, jak on to określił „niezupełny wieczór”.

Co ciekawe chłopiec upierał się też, iż w owym dziwnym miejscu zauważył „śmieszne, małe zwierzątko”, kicające na tylnych łapach podczas gdy przednimi, o wiele krótszymi „wymachiwało na boki” jak dziecko udające ptaka. Całe zwierzątko było pokryte zielonym futrem z pomarańczowymi plamkami. W chwile później pojawiło się obok chłopca troje ludzi – kobieta i dwóch mężczyzn. Oni również mieli zieloną skórę, a do tego ciemnobrązowe włosy. Koloru ich oczu Brian nie potrafił określić, powiedział jednak ze ich ubrania „mocno błyszczały”. W pewnej chwili jeden z mężczyzn wyciągnął z torby coś w rodzaju jakiegoś aparatu, przytknął go do ramienia chłopca i to była ostatnia rzecz która Brian zapamiętał.

Ocknął się dopiero przed swoim domem, otoczony przez poszukujących go dorosłych. Rzecz jasna całą tę opowieść również można potraktować jedynie jako wymysł, fantazje, bądź ewentualnie sen młodego Briana. Nie udało się jednak ustalić gdzie Brian spędził faktycznie owe trzy dni. Próbowano też badać go pod kątem zażycia jakiegoś narkotyku, względnie podania go Brianowi przez inna osobę, ale i te wyniki nie wykazały niczego takiego.

Czyżby wiec Brian mówił prawdę, jednakże ze względu na swój młody wiek sam nie potrafił swego przeżycia „ubrać” w bardziej wiarygodne słowa? Całkiem możliwe, tym bardziej że o podobnym przypadku, aczkolwiek jakby z odwróconymi rolami, czytamy w angielskiej kronice z 1200 roku. Autorami dwóch wzmianek, dotyczących tej samej historii, datowanej na 1154 rok, są William z Newburgh oraz opat Ralph z Coggoshall. Tamtego roku, w maleńkiej wiosce o nazwie Woolpit w hrabstwie Suffolk, akurat trwały żniwa. Kiedy chłopi zbierali zboże ze swoich pól, raptem dostrzegli dwoje małych dzieci wyczołgujących się z pobliskich zarośli, byli to chłopczyk i dziewczynka. Najdziwniejsze w tym wszystkim było jednak to, że oboje mieli zielona skórę oraz ubrani byli w dziwacznie skrojone, na pewno nie pasujące do okolic Suffolk, stroje. Kiedy zostały dostrzeżone przez rolników podniosły się z ziemi i zaczęły

„jak obłąkane biegać po polu, dopóki żniwiarze nie schwytali ich i nie zaprowadzili do wsi, gdzie zebrał się wszystek lud, by przyjrzeć się cudowi”. Jak dalej podaje opat Ralph „Nikt nie rozumiał ich mowy, Gdy prowadzono je do domu rycerza sir Richarda de Colne w Wikes, rozpaczliwie płakały. Podawano im jedzenie lecz nie tknęły niczego. Dopiero gdy przyniesiono zieloną fasolę z łodygami, rzuciły się na nią. Otwierały łodygi – nie strąki – i nie znalazłszy ziaren – znów płakaly. Dopiero obecni pokazali im, jak znaleźć fasolę, która zjadły ze smakiem”.

Zielona para do końca swoich dni żywiła się w zasadzie tylko fasolą. Chłopiec nie żył długo, zmarł po kilku miesiącach od dnia znalezienia go na polu. Przez ten cały czas sprawiał wrażenie zasmuconego i ciągle zmęczonego. Zaś dla odmiany, dziewczynka z zieloną skórą bardzo dobrze czuła się w nowym świecie i nie miała większych problemów z przystosowaniem się do naszych warunków. Nauczyła się nawet jeść nasze potrawy, a do tego jej zielony kolor na skórze jakby nieco zbladł. Zdecydowano więc o tym, aby dziewczynę ochrzcić, po czym została ona już na stałe w zamku sir Richarda. Nie była jednak taka jak inne niewiasty w jej wieku – wg przekazów opata Ralpha dziewczyna była rozwiązła i bezwstydna w swoim zachowaniu. Pomimo to, jakiś czas później zdecydowano się wydać ją za mąż za mężczyznę z pobliskiego Kings Lynn. Najwięcej udało się dowiedzieć od dziewczyny dopiero po tym, jak nauczyła się miejscowej mowy. Zapytana o kraj z którego pochodzi odpowiadała, że jej świat jest

„cały zielony, nie świeci tam żadne Słońce i ciągle panuje półmrok, a wszyscy ludzie – tak jak ona – posiadają zieloną skórę”.

Pytana o to, w jaki sposób dostała się ze swojego świata do naszego wyjaśniła, iż któregoś dnia pilnowała wraz z bratem stada swoich zwierząt (niestety kroniki nie podają cóż to były za zwierzęta i jak wyglądały). W pewnej chwili oboje usłyszeli, nieznany im wcześniej, dźwięk dzwonu, dochodzący z niewielkiej jaskini. Wraz z bratem weszli do niej i po przejściu długim korytarzem wydostali się na powierzchnię w naszym świecie. W jednej chwili jednak jasno świecące Słońce i upał całkowicie ich zaskoczyły, po krótkiej chwili oboje zemdleli. Kiedy po jakimś czasie ocknęli się, ze strachem zaczęli szukać wejścia do tunelu aby wrócić do domu, jednak wówczas zostali zauważeni przez „białoskórych” rolników na polu.

Wszystkie te opowieści skłoniły poszukiwaczy do tego, aby spróbować odnaleźć tajemnicze wejście prowadzące do tuneli i zielonych światów. Niestety, pomimo solidnych poszukiwań, do dzisiaj nie udało się go zlokalizować. To samo dotyczy „dziury w ziemi” do której w 1987 roku wszedł Brian Stone. Jednak może zastanowić fakt, ze kiedy zerkniemy na mapę Anglii, to okaże się, że Woolpit wspomniane w kronikach i Showbury w którym mieszkał Brian, dzieli bardzo mała odległość. Może wiec istotnie w tamtej okolicy znajduje się wejście do jakichś podziemnych tuneli, bez względu już na to czy historie o „zielonym świecie” to prawda czy fikcja? Zastanawia również fakt, ze hipotetyczni mieszkańcy „zielonego świata” którzy spotkali się z Brianem, zdecydowali się odstawić go na swoje miejsce, zatem oni również muszą zdawać sobie sprawę z możliwości przejścia z ich świata do naszego. Kiedy więc głębiej nad tym pomyślimy i przypomnimy sobie o przekazach starożytnych Indian, o odkryciach w Kalifornii i pod górą Mt.Shasta, o opowieściach z czasów nam współczesnych jak i o tych które możemy przeczytać dzięki średniowiecznym skrybom, musimy dojść do wniosku, że historie te, są przynajmniej w pewnej mierze prawdziwe. Pozostaje więc mieć nadzieje, że ktoś kiedyś zdecyduje się zbadać to zagadnienie bez lęku przed uznaniem go za „naukowego wariata”, bądź też bez chęci uczynienia z całego tematu kolejnej tajemnicy, jaka dołączy do zbioru tych, którym ludzkość stawia czoło od niepamiętnych czasów….

Bibliografia:
1. Mieszkańcy podziemnego świata, Krystian Zielba
2. Zielony człowiek, zielona krowa…, Katarzyna Wysocka

Nie doszukałem sie orginalnego tytułu artykułu.

Ripsonar