„Jemen w cieniu Syrii. Interwencja zbrojna Arabii Saudyjskiej z wielką geopolityczną rozgrywką w tle”.

Szyiccy rebelianci Huti

Szyiccy rebelianci Huti. Za http://www.dawatmedia.com

W czasie, gdy świat zaaferowany jest rosyjskim zaangażowaniem militarnym w Syrii, w nieodległym Jemenie trwa przeprowadzana z o wiele większym rozmachem interwencja zbrojna Arabii Saudyjskiej. I podobnie jak na syryjskiej arenie, również tam toczy się wielka geopolityczna rozgrywka.

W cieniu przykuwających uwagę opinii światowej wydarzeń na tzw. szerszym Bliskim Wschodzie (MENA – Middle East & North Africa), takich jak zwłaszcza rosyjska interwencja militarna w Syrii, ponowne (i dość niespodziewane) zaostrzenie „nieśmiertelnego” konfliktu izraelsko-palestyńskiego czy ciągły chaos w Libii – toczy się na dalekich rubieżach tego regionu niemal zapomniany konflikt, który swą skalą śmiało może konkurować z innymi wojnami w tej części świata. Jemen – bo o nim tu mowa – już od ponad roku jest areną krwawej i brutalnej, nawet jak na standardy bliskowschodnie, wojny domowej. Wojny, która – podobnie jak ma to miejsce w Syrii – stopniowo przestaje być jednak klasycznym konfliktem wewnętrznym, stając się w zamian wojną zastępczą (ang. proxy war) dla licznych aktorów regionalnych i pozaregionalnych.

Geopolityczna rozgrywka

Właśnie to zaangażowanie podmiotów zewnętrznych sprawia, że konflikt jemeński nie tylko wciąż trwa, ale co gorsza goreje jeszcze większym ogniem. I podobnie jak Syryjczycy, także mieszkańcy Jemenu stają się dzisiaj zakładnikami potężnej geopolitycznej rozgrywki, toczącej się ponad ich głowami. Na poziomie regionalnym jest to rozgrywka między sunnitami a szyitami oraz Saudami a Irańczykami. A na płaszczyźnie globalnej – między Stanami Zjednoczonymi (Zachodem) a Rosją. I przynajmniej część z tych zewnętrznych graczy, zaangażowanych w wojnę jemeńską, ma wszelkie szanse, aby dość niespodziewanie dla siebie znaleźć się w sytuacji analogicznej do tej, w jakiej znalazły się USA w Wietnamie w latach 60. ubiegłego stulecia lub ZSRR w Afganistanie dwadzieścia lat później.

Gdy w styczniu 2015 roku oddziały szyickiego ruchu Huti i zrewoltowane jednostki armii jemeńskiej zdobyły pałac prezydencki w Sanie – rząd prezydenta „zgody narodowej”, Abd Rabba Mansura Hadiego (uznawany przez społeczność międzynarodową, ale pozbawiony jej realnego wparcia) podał się do dymisji. Sam Hadi uciekł do Arabii Saudyjskiej, a Jemen znalazł się na krawędzi całkowitego rozpadu. Dominującą w nim siłą polityczną i militarną stali się – po raz pierwszy w kilkudziesięcioletniej historii tego kraju – szyici, popierani i inspirowani przez Iran.

Ich zwycięski marsz na sunnickie południe kraju, podjęty na początku tego roku, wywołał prawdziwy popłoch w całym regionie, szczególnie w stolicach arabskich państw Zatoki Perskiej. Arabia Saudyjska zareagowała szybko i zdecydowanie – już w marcu sformowała międzynarodową „koalicję chętnych”, której celem ogłoszono siłowe przywrócenie prawowitych władz Jemenu i zaprowadzenie w tym kraju „ładu i stabilności”. W istocie prawdziwym zamiarem Rijadu było jednak (i jest do dziś) uniemożliwienie przekształcenia Jemenu (lub jego części) w kolejny w regionie faktyczny protektorat Islamskiej Republiki Iranu.

Nie można bowiem wykluczyć, że stanowiący ok. 45 proc. ludności kraju szyici jemeńscy – korzystając ze swych sukcesów wojskowych – podjęliby próbę restauracji Imamatu Zajdyckiego: politycznego tworu szyickiego, istniejącego na terenach północnego Jemenu nieprzerwanie przez ponad tysiąc lat i obalonego dopiero podczas rewolucji w 1962 roku. „Państwo” takie cieszyłoby się bez wątpienia silnym wsparciem Iranu, głównego rywala Arabii Saudyjskiej w regionie, jako narzędzie dające Teheranowi możliwość strategicznego flankowania Rijadu od południa.

Interwencja Saudów

To właśnie te geopolityczne uwarunkowania sprawiły, że Saudowie postanowili zareagować w tak zdecydowany sposób na zmiany zachodzące w Jemenie. Koalicja militarna, którą Rijad błyskawicznie skrzyknął, składała się z kilkunastu krajów regionu MENA. Wśród państw, które wysłały swe samoloty bojowe przeciwko szyickim Huti w Jemenie w ramach operacji o kryptonimie „Przełomowa Burza” (arab. Asifat al-Hazm), znalazły się, prócz Arabii Saudyjskiej, także Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), Katar, Bahrajn, Egipt, Maroko, Jordania, a nawet Sudan.

Wiele innych państw udzieliło swego poparcia w innej niż militarna postaci – np. Somalia udostępniła saudyjskiej koalicji swą przestrzeń powietrzną i wody terytorialne. Oman – jedyny z krajów Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC), który nie wysłał swych samolotów na wezwanie Saudów – zadeklarował ogólnikowe „wsparcie polityczne”. Władze w Muskacie już od dawna były krytycznie nastawione do polityki Rijadu względem multiwyznaniowego Jemenu, co nie powinno dziwić – wszak większość (ok. 75 proc.) mieszkańców Omanu to wyznawcy ibadytyzmu, czyli najbardziej umiarkowanego i liberalnego z trzech głównych nurtów islamu. Omańczycy coraz mniej przychylnie patrzą zatem na rosnący radykalizm sunnitów z arabskich monarchii Zatoki Perskiej w ich ideologiczno-teologicznym starciu z równie szybko radykalizującymi się szyitami. A już szczególnie obcy jest im religijny fanatyzm reprezentowany przez saudyjskich wahhabitów.

Rozmach, z jakim koalicja zaczęła wiosną swe działania militarne w Jemenie, musiał wzbudzić podziw. W pierwszych dniach operacji (26-31 marca 2015 r.) sama tylko Arabia Saudyjska kierowała nad Jemen nawet do 100 swych samolotów bojowych naraz. Dla porównania – w tym samym czasie saudyjski udział w kierowanej przez USA operacji „Inherent Resolve”, czyli szumnie reklamowanej przez Biały Dom „wojnie z kalifatem”, ograniczał się do zaledwie kilku samolotów F-16, wykonujących sporadyczne loty bojowe wyłącznie nad terytorium Syrii.

Skala operacji powietrznej przeciwko jemeńskim szyitom była doprawdy imponująca – bomby i rakiety sypały się setkami na faktyczne i domniemane cele militarne na terenach zajętych przez oddziały Huti oraz oddziały renegatów z armii jemeńskiej. Ale Huti to formacja paramilitarna – odróżnienie z powietrza jej bojowników od zwykłych cywilów jest bardzo trudne, w błyskawicznym tempie rosnąć zaczęła zatem skala tzw. collateral damage – przypadkowych strat. Głównie wśród Bogu ducha winnych zwykłych mieszkańców Jemenu. Dzisiaj, w dziewięć miesięcy od podjęcia przez Saudów wojny z szyitami w Jemenie, liczba cywilnych ofiar tego starcia liczona jest już w tysiące. Ostatnie dane (z końca września br.) mówią już nawet o ok. 6 tys. cywilnych ofiar konfliktu.

Saudyjczycy, rozpoczynając wojnę z jemeńskimi Huti i sprzymierzonymi z nimi zwolennikami dawnego dyktatora Ali Saleha, popełnili jednak klasyczny błąd zadufanego w sobie mocarstwa. Sztabowcy w Rijadzie liczyli, że zmasowany (i to w dosłownym tego słowa znaczeniu) atak powietrzny, wymierzony w szyickich rebeliantów, umożliwi osiągnięcie błyskawicznego zwrotu w wojnie, dając przewagę siłom wiernym obalonemu prezydentowi Hadiemu, wciąż broniącym się w południowych i wschodnich prowincjach kraju. I tak jak wcześniej wiele potęg, także i Saudyjczycy musieli osobiście, na własnej skórze, doświadczyć gorzkiej lekcji strategii militarnej, która w skrócie sprowadza się do prostej zasady: nie sposób dzisiaj wygrać wojny, ograniczając się wyłącznie do użycia samych sił powietrznych.

Po niespełna miesiącu, 22 kwietnia, operacja „Przełomowa Burza” została więc oficjalnie zakończona. Zastąpiła ją nowa kampania, w założeniu bardziej polityczna niż wojskowa, o nieco nadętym PR-owsko kryptonimie „Przywrócić Nadzieję”. Już po kilku dniach okazało się jednak, że ten jej polityczny wymiar to głównie właśnie propagandowe i medialne „przykrycie” dla nowego wizerunku saudyjskich działań zbrojnych, których skala jest niewiele mniejsza niż podczas poprzedniej fazy operacji. Ta nowa saudyjska formuła interwencji w Jemenie zawiera także działania sił lądowych (od lipca br., kiedy to formacje wierne obalonemu prezydentowi Hadiemu odbiły z rąk Huti Aden, główne portowe miasto południa kraju i dawną stolicę Jemenu Południowego). Akcja sił lądowych koalicji, oficjalnie przedstawiana jako „operacja stabilizacyjna”, umożliwiła w ciągu kolejnych dwóch miesięcy odbicie z rąk szyickich rebeliantów pięciu południowych prowincji kraju. We wrześniu wygnany pół roku wcześniej z kraju prezydent Hadi wylądował w Adenie, skąd ogłosił dalszą walkę z „szyickimi uzurpatorami”, aż do odbicia z ich rąk Sany, stolicy kraju.

Istotną różnicą w stosunku do „Przełomowej Burzy” jest także znacznie krótsza lista sojuszników – członków koalicji. Obecnie w zasadzie ogranicza się ona wyłącznie do Arabii Saudyjskiej, ZEA oraz Kuwejtu i Kataru, przy czym ostatnie dwa kraje partycypują obecnie głównie w działaniach powietrznych. Dopiero niedawno, na początku września, udało się Rijadowi namówić kilka innych państw regionu (najpewniej w zamian za obietnicę hojnych bonusów ekonomicznych lub finansowych), aby wysłały swe „siły pokojowe” do Jemenu. W większości są to jednak skromne liczebnie kontyngenty. Obecnie, w siódmym miesiącu wojny, saudyjska koalicja dysponuje w Jemenie w sumie ok. 5 tysiącami żołnierzy, w przeważającej większości (ok. 3 tys.) saudyjskimi.

Bolesna lekcja

Bezpośrednie działania na lądzie to jednak znacznie większe ryzyko strat wśród własnych żołnierzy. Tym bardziej, że zarówno Huti, jak i wspierający ich renegaci z jemeńskiej armii okazali się wytrawnymi bojownikami, zdolnymi skutecznie stawić czoła przeciwnikowi. Co więcej, walki przeniosły się obecnie w trudniejsze geograficznie regiony kraju – górzyste przedpola masywu, na którym położona jest Sana. Z południa i wschodu kraju droga do jemeńskiej stolicy wiedzie przez obszar prowincji Marib, która stała się od kilku tygodni areną najbardziej zażartych starć sił szyickich z jemeńskimi lojalistami i wspierającymi ich interwentami z GCC. I to właśnie w Marib kontyngenty państw koalicji poniosły największe jak dotąd straty w tej wojnie.

Tylko w jednym ataku, dokonanym 4 września br. przez Huti (co ciekawe, z użyciem kilku rakiet balistycznych typu SCUD i Toczka), koalicja straciła aż 60 zabitych żołnierzy (w tym 45 z ZEA – co stanowi największe straty wojskowe w historii tego państwa, 10 z Arabii Saudyjskiej i 10 z innych państw sojuszniczych). Całkowita skala strat po stronie koalicji, odniesionych w toku działań zbrojnych w Jemenie, nie jest znana. W zależności od źródeł, podaje się wartości między 100 a 500 poległych żołnierzy; prawda zapewne leży gdzieś pośrodku. Faktem jest, że Huti – najpewniej dzięki wsparciu irańskiemu – okazali się mistrzami walki na wyczerpanie, a ich ataki z użyciem rakiet balistycznych (głównie SCUD o zasięgu do 300 km) zagroziły nawet instalacjom i obiektom militarnym położonym w głębi terytorium saudyjskiego.

Co więcej, Saudyjczycy i ich sprzymierzeńcy zapoznają się teraz (i to w przyspieszonym tempie) z realiami wojny asymetrycznej oraz ze wszystkimi regułami i uwarunkowaniami operacji przeciwpartyzanckich (tzw. COIN – counter-insurgency operation). A więc z tym, z czym np. Amerykanie mieli do czynienia nie tylko pół wieku temu w Wietnamie, ale i całkiem niedawno w Iraku czy w Afganistanie… Biorąc pod uwagę fakt, że armie państw arabskich Zatoki Perskiej nie mają najmniejszego nawet doświadczenia (czy wyszkolenia) w takim akurat sposobie prowadzenia działań zbrojnych – trudno się dziwić, że operacja jemeńska staje się dla nich coraz większym obciążeniem i wyzwaniem. Co gorsze, aby jak najszybciej pokonać koalicję Huti, zdesperowani Saudyjczycy coraz częściej zawierają taktyczne, na szczeblu lokalnym, sojusze z działającymi w Jemenie ugrupowaniami sunnickich radykałów religijnych, w tym ponoć także ze strukturami Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego (AQAP). Tej samej organizacji, która za swój główny i najważniejszy cel polityczny stawia obalenie monarchii Saudów w Arabii. To chyba najlepiej pokazuje, jakim grząskim terenem stał się dla Rijadu Jemen.

Do problemów na poziomie operacyjnym dochodzi szybko komplikująca się sytuacja strategiczna w i wokół regionu, która sprawia, że położenie saudyjskiej koalicji jest dziś znacznie gorsze niż kilka miesięcy temu. Wydarzenia zachodzące na Bliskim Wschodzie w ostatnich miesiącach sprawiły bowiem, że Arabia Saudyjska i jej regionalni sojusznicy – głównie arabskie sunnickie państwa regionu – znalazły się nagle w strategicznej defensywie. Stroną, która zyskuje punkty w tej regionalnej rozgrywce, jest natomiast szyicki Iran i jego sprzymierzeńcy – od libańskiego Hezbollahu, przez alawicki reżim Baszara al-Asada w Syrii, po zdominowany przez szyitów rząd Iraku.

Swoistym „ukoronowaniem” tego stanu rzeczy okazała się rosyjska interwencja militarna w Syrii po stronie tamtejszego rządu, która chyba już ostatecznie pogrzebała jakiekolwiek mrzonki o usunięciu prezydenta Asada. Co ważne, Rosjanie występują w regionie bliskowschodnim jako zdeklarowani sojusznicy nie tylko rządu syryjskiego, ale także Iranu, Iraku i ich wszelkiej maści „przybudówek” – a więc również (póki co pośrednio) jemeńskich Huti. Stawia to Rijad i jego najbliższych sprzymierzeńców z GCC w całkowicie nowej sytuacji strategicznej. Od tej chwili ich wojna w Jemenie – w założeniu mająca mieć charakter niekomplikowanej i relatywnie łatwej (oraz krótkiej) kampanii militarnej – staje się w istocie wojną bez szans na militarne i polityczne zwycięstwo. Nie da się bowiem wygrać batalii o Sanę – i o przyszłość Jemenu – w sytuacji, w której Huti mają za sobą poparcie nie tylko Iranu, ale także rosnącej w siłę Rosji…

Jak zatem potoczy się dalej wojna w Jemenie? Wiele wskazuje na to, że stanie się ona dla Saudyjczyków przewlekłą i kosztowną (tak w sensie ekonomicznym, jak i politycznym) kampanią militarną, z której nie będzie dobrych wyjść i korzystnych rozwiązań. Chyba, że Rijad podejmie już teraz radykalne działania, zmieniające jego dotychczasową politykę tak wobec samego Jemenu (i kwestii zakresu udziału tamtejszych szyitów we władzach), jak i wobec tych ośrodków strategicznych w regionie, które odpowiadają za kierunek polityki Huti, a więc głównie Iranu. Jak na razie nie widać jednak oznak takiego saudyjsko-irańskiego ocieplenia.

Reklamy